Strony

16.11.09

une pause a la maison

krótki pobyt w Domu - Domu i od razu polepsza się perspektywa!

już naładowałam siły przeciw biurokracji (wyżaliłam się wszystkim dookoła),
już mnie nie martwi strajk rer B (une greve),
już zapomniałam o braku biletu d.,
już umknęło gdzieś oczekiwanie na odpowiedź z CAFu,
już nawet zaczynam się wiercić na tej wsi spokojnej, wsi wesołej...

czyżby mi brakowało le ciel gris i les latins moroses?

ale już jutro - on retourne vivre a Paris


22.10.09

toutes les choses


krótkie usprawiedliwienie:
z internetem wciąż mamy problem - formalności związane z otwarciem linii wyczerały moją cierpliwość. po ponad dwóch tygodniach walki - kapituluję!
w związku z tym muszę korzystać z przewrotnego wifi na uczelni d., która jest blisko naszego minimieszkanka lub też z internetu, jaki można "złapać" w większość McDonaldów (McDo) w Paryżu

a teraz - co udało nam się załatwić od ostatniego razu (bo załatwianie formalności, niestety wypełnia większość naszego czasu)

wysłaliśmy dokumenty potrzebne do CAFu:
  • podanie wydrukowane z internetu
  • kserokopie naszych dokumentów (paszporty, karty EKUZ, francuskie legitymacje)
  • papiery wypełnione przez właścicielkę mieszkania
  • RIB (nowe i ważne - świstek z francuskiego banku, na którym wypisane są wszystkie numery konta, kody, ibany i swifty - niezbędne przy wychodzeniu z domu!)
  • jakieś oświadczenie, na którym trzeba się podpisać
wysłaliśmy podanie o bilet roczny - magiczną kartę Imagine R
(czeka się na nią ok. 3 tygodnie; ja dostałam swoją po ok. dwóch - d. jeszcze nie dostał niczego i zdaje się, że jego karta została odesłana, bo listonosz nie widział nazwiska d. na naszej skrzynce)

zapisaliśmy się "pedagogicznie" na zajęcia (s'inscrire pedagogique)
tzn. zapisaliśmy się na zajęcia - uwaga! we Francji nie istnieje coś takiego jak usos!!! trzeba zapisać się na wybrane zajęcia w sekretariacie na specjalnym formularzu (fiche pedagogique);
zapisy - podobnie jak u nas - mają określony termin np. do końca października - tak jest u mnie;
przed tą datą można chodzić na różne zajęcia, by je wypróbować

a poza tymi najistotniejszymi sprawami...
miesiąc... miesiąc minął tak szybko!
pogrążona w papierkowych obowiązkach, straciłam rachubę czasu
teraz, kiedy mam już swój francuski adres, nr konta i status tutejszej studentki, kiedy chodzę po bagietkę do ulubionej piekarni i życzę sobie codziennie z panią piekarką bonne journée, kiedy zapamiętuję godziny kolejki i codziennie rano biegnę, bo wiem, że za późno wyszłam, kiedy uśmiecham się do współtowarzyszy podróży, gdy poraz kolejny pracownicy linii RER postanowili zastrajkować, a my musimy uzbroić się w cierpliwość, kiedy wpadam na uczelnię i witam się ze znajomymi już erasmusami, kiedy pani w sekretariacie zwraca się do mnie po imieniu, kiedy siedzę we Fnacu na podłodze zagłębiając się we francuską gramatykę, kiedy coraz lepiej wychodzi mi odmiana czasowników, kiedy siedzę na schodach prowadzących do Sacré-Coeur i słuchając gitary jednego z wielu muzyków, którzy liczą na hojność turystów, oglądam cały Paryż z ciągle zapartym tchem, kiedy z pomocą S. udaje mi się znaleźć na Sorbonie i słuchać strukturalistycznego wykładu o literaturze i sztuce (litterature et peinture), kiedy wieczorami śmiejemy się, siedząc z tyloma nowymi, ale przecież już bliskimi osobami i otwierając kolejną butelkę wina, opowiadamy swoje najnowsze przygody na paryskim froncie...
teraz dociera do mnie, że naprawdę tu jestem

3.10.09

formalności, formalności

internet! internet!

mamy wreszcie mieszkanie, ale nie mamy internetu! dlatego mam wielkie trudności z zamieszczeniem jakiejkolwiek notki

ale po kolei: będzie trochę o francuskiej biurokracji, podpisywaniu umowy o mieszkanie, zakładaniu konta w banku...

mimo tego, że na ogłoszenia mieszkaniowe można trafić na każdym kroku, te lepsze zostają zajęte w ciągu pół godziny. niektórzy wynajmujący zapraszają na spotkanie - une visite - gdzie zbierają dokumenty od wszystkich kandydatów - les documents, les papiers - by stworzyć le dossier i obiecują oddzwonić, czego nigdy nie robią, bo zwykle jest się 40. osobą na liście.

czasem jednak udaje się obejrzeć mieszkanie, porozmawiać z właścicielem (wynajmującym), a nawet stać się potencjalnym lokatorem (!), lecz wtedy właśnie okazuje się, że CC (charges compries = opłaty wliczone) nie zawierają electricite (elektryczność) ani taxe d'habitation (opłata mieszkaniowa?), ani nawet assurance d'habitation (ubezpieczenie od mieszkańca!?!?!?). nie wspomnę już o internecie...

i w ten sposób cena mieszkanie może wzrosnąć nawet o 100 euro, ale jeśli poza tym wszystko jest ok, nie warto się tym bardzo przejmować, bo wreszcie ma się francuski adres, który jest przepustką do tego, by cokolwiek zrobić w tym kraju.

adres... adres...

chyba jeden z najśmieszniejszych francuskich paradoksów polega na tym, że do wszystkiego właściwie potrzebny jest francuski adres, ale by go mieć - trzeba założyć konto we francuskim banku (bo innych nie tolerują), ale konta nie można założyć bez francuskiego adresu...

Francja to kraj biurokratów! teraz już przyzwyczailiśmy się do tego, że nie wychodzimy z domu bez grubej teczki pełnej papierów, bo nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy będą nam potrzebne: zaświadczenie o zamieszkaniu we Francji, certificat de scolarite (zaświadczenie z uczelni), legitymacja, dokumenty z banku (RIB), zaświadczenie o ubezpieczeniu, kserokopie dowodu, paszportu, legitymacji, umowa o mieszkanie... przydatna staje się też kserokopia dowodu właściciela mieszkania(!)

kolejnym moim celem jest załatwienie biletów rocznych (specjalna koperta ze specjalnym pismem, które trzeba wysłać z plikiem kolejnych dokumentów i zaświadczeń) i wreszcie CAFu (i znowu pliki papierów). no i internet, bien sur!

to zabawne, ale jedna znajoma, która mieszka tu już szósty rok, zdradziła nam, że większą część wszelkich papierów, Francuzi muszą przchowywać do końca życia!!!

18.9.09

początkowe trudności?

dni przechodzą koło nosa niesamowicie szybko, a wciąż nie załatwiliśmy niczego konkretnego...

już na miejscu
przylecieliśmy na Orly Sud i jeszcze zanim nasze walizki do nas wróciły, poznaliśmy bardzo miłą Polkę, która pomogła nam kupić superspecjalnebilety (Orlyval) na RER jadący z lotniska (superbilet = superkoszt - niecałe 10 euro za osobę), potem powiedziała nam, jak mamy trafić do Bagneux, gdzie mieliśmy się zatrzymać we foyer siostry Miriam

U. była bardzo miła i bardzo pomocna, jednak pomyliła naszą stację, bo nie pamiętała dokładnie, gdzie to jest - uwaga: udając się do siostry Miriam, mając 3 ciężkie walizki, 2 laptopy, torebkę i mój kuferek z kosmetykami (wszystkie niezbędne! :) ), nie powinno się wysiadać na stacji Bagneux, ale na Arcueil - Cachan - to dużo dużo bliżej do rue de Verdun i nie pod górkę!

sprawy uczelniane, administracyjne, papierkowe
pierwszego dnia od rana staraliśmy się załatwić sprawy na uczelni d.
wydział prawa na Paris - Sud 11 nie jest na szczęście położony na kamusie w Orsay, ale w uroczym miasteczku Sceaux
okazało się, że koordynatorka erasmusowa jest chora i nie będzie jej do przyszłego tygodnia, kiedy zaczynają się zajęcia...
a zajęcia z francuskiego dla erasmusów odbywały się w nieznanej nikomu sali, więc jak już poruszyliśmy cały wydział i znaleźliśmy salę, okazało się, że nie ma już miejsc (!)

kolejnym celem była moja uczelnia
szczęśliwym trafem bez problemu odnaleźliśmy rue de Lille położoną w okolicach Musee d'Orsay (tak, tak!) - na samym jej końcu (początku z drugiej strony) jest siedziba INALCO - szybko załatwiłam wszelkie formalności z uśmiechem, posłusznie przechodząc do kolejnych punktów Inscription Administrative (zapis administracyjny na uczelnię, przed rozpoczęciem roku trzeba dokonać też zapisu pedagogicznego, czyli wpisać się na konkretne zajęcia)

pokój???
aby znaleźć jakikolwiek malutki pokoik w Paryżu lub okolicach w atrakcyjnej cenie (do 600 euro za pokój!?), w którym będzie mogła mieszkać para (tu zaczynają się schody), gdzie można dostać CAF (Caisse d'allocations familiales, czyli dofinansowanie np. do mieszkania)... trzeba się troszkę postarać

jest kilka miejsc, do jakich można się udać w poszukiwaniu ogłoszeń -
  • najlepiej zacząć od własnej uczelni
  • można udać się do Kościoła Polskiego w okolicach Placu Concorde (tutaj nie znaleźliśmy niczego ciekawego... niczego wcale)
  • także do Kościoła Szwedzkiego (L'Eglise suedoise) przy rue Mederic (metro 2: Courcelles)
  • jednak najwięcej ogłoszeń znaleźliśmy w Kościele Amerykańskim (L'Eglise americaine) na Quai d'Orsay (metro 8 lub zawalona 13: Invalides albo metro 9: Alma Marceau)
obdzwoniłam wiele ogłoszeń i jak na razie tylko dwie osoby zgodziły się z nami spotkać -
pan nr 1 mieszkający w 17-tej dzielnicy (bardzo, bardzo droga dzielnica)... przez telefon był bardzo miły, poinformował mnie o tym, że uwielbia Polki (babcia była Polką) i chętnie zaprosił na spotkanie.
niestety nie zrozumieliśmy się do końca, bo moje un couple on zrozumiał jako une jaune fille (?), więc jak zobaczył d., wyrzucił nas :)
do pana nr 2 idziemy dzisiaj - un couple powtarzałam z dziesięć razy, więc chyba zrozumiał

telefon
telefonią komórkową we Francji d. zainteresował się dużo wcześniej i po skrupulatnym przeanalizowaniu wszystkich operatorów wybrał dla nas Virgin mobile
(odkryłam blog erasmuski z Montpellier, za którą podaję porównanie operatorów:
w salonie Virgin mobile obsłużyła nas b. miła pani, która, zorientowawszy się, że telefon d. nie działa zbyt dobrze, obdarowała nas nowiusieńkim telefonem linii Virgin mobile.
ponieważ nie zrozumieliśmy dokładnie, co mówiła, tylko uśmiechnęliśmy się i zabraliśmy telefon :D

dzisiaj kolejny dzień stawiania czoła Paryżowi
mimo wielu dotychczasowych niepowodzeń, cieszę się jak głupia, bo codziennie widzę Wieżę Eiffla!
tyle na razie :)



10.9.09

pierwszy









przygotowania do wyjazdu
zamot wielki, brak czasu, pakowanie, sprzątanie, żegnanie, kombinowanie
no bo -
1. mieszkania nadal nie mamy
2. pieniędzy też nie mamy (kiedy zrobią europrzelew?)
3. no i największy kłopot - jak zmieścić w dwudziestu kilogramach moje ciuchy, buty, kosmetyki, komputer, no i oczywiście KSIĄŻKI (chociaż jeden słownik?)??????

nie wspominając o tym, że jeszcze muszę się dostać na SUM (bez tego nie mogę jechać, chociaż jadę przed ogłoszeniem wyników?!)

ostatnie nocne o życiu rozmowy, ostatnie kieliszki wina z dziewczynami, ostatnie podróże do Krakowa (i ostatnie mandaty w strefie B), ostatnie głupie zdjęcia, ostatnie przekonywanie d., że tak - na pewno jedziemy i nie ma odwrotu, ostatnie chwile na powtórki subjonctifu (no dobra - żartowałam), ostatnie pieczenie ciasta czekoladowego w mojej kuchni...

ilość dni pozostałych do wylotu: 4